4/14/2017

Największy Stalin na świecie we Wrocławskim Teatrze Lalek (18.03.2017 r.)

Największy Stalin na świecie we Wrocławskim Teatrze Lalek (18.03.2017 r.)
Wzgórze Letná to jedno z moich ulubionych miejsc w Pradze, idealne na spacery czy wypad ze znajomymi na piwo przy pięknej pogodzie. Obecnie znane jest z wielkiego metronomu, który nieustannie przypomina o upływającym czasie (chyba że akurat jest zepsuty, co ostatnio zdarza się dość często). Może nie wszyscy wiedzą, ale wiele lat temu stał tam największy na świecie pomnik Stalina, będący prezentem od Czechosłowacji dla wodza z okazji jego 70. urodzin. Monument zwano niekiedy złośliwie kolejką po mięso, a jego budowie towarzyszyła cała masa absurdów i dziwnych historii, włącznie z samobójstwem autora projektu. Ciekawych szczegółów odsyłam do książki Gottland autorstwa Mariusza Szczygła, konkretnie do rozdziału Dowód Miłości, tam wszystko jest świetnie i zabawnie opisane. Pomnik wznoszono w latach 1949-1955, by już w 1962 roku zburzyć go serią wybuchów. I tak po Stalinie został tylko cokół, na którym ustawiono w roku 1991 metronom i który z czasem stał się popularnym miejscem spożywania alkoholu oraz jazdy na rolkach i deskorolkach.

Źródło: Wikipedia

Na motywach reportażu Mariusza Szczygła czeski reżyser Jiří Havelka zrealizował we Wrocławskim Teatrze Lalek spektakl pod wymownym tytułem Pomnik. Z tego, co się orientuję, spektakli odbyło się niewiele, a zainteresowanie było ogromne. Na szczęście jakimś cudem udało nam się kupić trzy bilety i 18 marca wraz z mamą i siostrą wybrałyśmy się do teatru. Generalnie za teatrem nie przepadam. Nie że nie lubię, ale wizyta od czasu do czasu mi wystarcza. W moim odczuciu ten rodzaj sztuki w Czechach ma zupełnie inny wymiar niż w Polsce. Może się mylę, ale mam wrażenie, że u nas teatr ma w pewnym sensie snobistyczny charakter, a przedstawienia są najczęściej mało przystępne i na siłę uartystycznione. Natomiast w Czechach, a zwłaszcza w Pradze, teatry znajdziemy się na każdym rogu, gdyż są popularną formą rozrywki, także dla szarych obywateli, a nie tylko żądnych wzniosłych doznań artystycznych przedstawicieli wyższych sfer ;) Może trochę przesadzam, ale jednak bazując na moich obserwacjach poczynionych podczas mieszkania w Pradze, myślę, że coś jest na rzeczy :)


Spektakl w oparciu o scenariusz Elżbiety Chowaniec idealnie trafił w moje poczucie humoru. Był pełen absurdów i zabawnych kwestii. Scenografia, za którą odpowiedzialny jest Marek Zákostelecký oraz obsada okazały się minimalistyczne, ale trafione w punkt. Scenę ograniczono ramą jak obraz, wewnątrz którego rozgrywa się szaleństwo. Na środku ustawiono stół prezydialny, a z tyłu za aktorami wyświetlano animacje, na których pojawiały się m.in, prawdziwe fotografie z epoki wznoszenia pomnika. W razie potrzeby aktorzy wprowadzali też dodatkowe elementy scenografii utrzymane w konwencji nieco komiksowej czy też kreskówkowej. Trójka aktorów, Radosław Kasiukiewicz, Anna Makowska-Kowalczyk i Tomasz Maśląkowski swoją ekspresyjną grą dopełniła całości.

Źródło: teatrlalek.wroclaw.pl

Z czystym sumieniem mogę przyznać, że to jeden z lepszych spektakli, jakie miałam okazję oglądać. Było zabawnie, absurdalnie, klimatycznie i bez zbędnego przeciągania. Widowisko trwało około godziny, ale dla mnie to w zupełności wystarczyło. Twórcy moim zdaniem udowodnili, że historię można pokazać w sposób lekki i humorystyczny, bez kija w dupie. Oczywiście, są tematy historyczne trudne dla Czechów, które wzbudzają wiele kontrowersji i o których niechętnie się mówi, ale i tak w moim odczuciu nasi sąsiedzi mają do swoich dziejów więcej dystansu niż Polacy. 

Źródło: teatrlalek.wroclaw.pl

Jedna tylko kwestia skłania mnie do przemyśleń. Spektakl ten przewidziany jest dla młodzieży i dorosłych, i o ile tych drugich, zwłaszcza czechofilów, na pewno zadowoli, to mam wrażenie, że do młodych ludzi nie do końca trafia. Na widowni siedziało sporo zdezorientowanych gimnazjalistów bądź licealistów, których do teatru przyprowadzili nauczyciele. Wydaje mi się, że do pełnego zrozumienia tego przedstawienia potrzebna jest pewna wiedza historyczna oraz znajomość kontekstu kulturowego. To takie moje prywatne odczucia...

Źródło: teatrlalek.wroclaw.pl

Niemniej Pomnik szczerze polecam! Widziałam, że jest jeszcze w repertuarze na maj, macie więc szansę go obejrzeć :)


Trailer


2/27/2017

Metal i klasyka we wrocławskim NFM: Apocalyptica (18.02.2017 r.)

Metal i klasyka we wrocławskim NFM: Apocalyptica (18.02.2017 r.)
Tydzień temu w sobotę miałam okazję uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu muzycznym. Zdążyłam już ochłonąć i dziś podzielę się z Wami moimi wrażeniami. Jak zapewne zdążyliście się zorientować, uwielbiam fińską muzykę. To już trzeci koncert fińskiego wykonawcy, po The 69 Eyes (relacja TUTAJ) i Tarji Turunen (relacja TUTAJ), na którym byłam, od momentu założenia bloga i jednocześnie czwarty występ zespołu Apocalyptica, jaki miałam okazję obejrzeć na żywo. Cieszy mnie taki przebieg spraw :)


Pierwszy raz widziałam ich we Wrocławiu prawie 10 lat temu, w nieistniejącym już klubie W-Z. Potem miałam okazję posłuchać zespołu rok później na festiwalu Ruisrock w Turku w Finlandii, obok większości moich ulubionych kapel, a następnie po dłuższej przerwie w Krakowie w październiku 2015 r. Apocalyptica to zespół, który zaskakuje na koncertach. O ile na przykład panowie z mojego ukochanego HIM prawie zawsze grają tę samą setlistę i są bardzo przewidywalni, tak Apocalyptica potrafi sprawić mi niespodziankę. Standardowo grali zawsze po prostu we trójkę, a od pewnego momentu we czwórkę, gdyż dołączył do nich perkusista (tylko od czasu do czasu wspierał ich Antero Manninen). Natomiast podczas krakowskiego koncertu towarzyszył im jeszcze Franky Perez, świetny wokalista, który współpracował z nimi przy nagrywaniu najnowszej płyty Shadowmaker. A poza tym w hołdzie polskim fanom zagrali nasz hymn, czym totalnie chwycili mnie za serce :) Zauważyłam, że lubią takie niespodzianki, bo podczas występu na Woodstocku 2016, który śledziłam na youtube, wykonali nasze swojskie Sto lat :)


Ostatni wrocławski koncert był jednak całkowicie wyjątkowym wydarzeniem. Z okazji 20. rocznicy wydania ich pierwszej płyty Plays Metallica by Four Cellos (co miało miejsce w 1996 r.) zorganizowali specjalną trasę koncertową, do wzięciu udziału w której zaprosili Antero Manninena, muzyka, który współpracował z zespołem na początku jego istnienia i opuścił go w 1999 r. Koncert był podzielony na dwie części. W pierwszej, bardziej klasycznej i spokojnej, panowie zagrali cały debiutancki album od początku do końca, bez towarzystwa perkusji. Tak, jak to było ponad 20 lat temu. Następnie miała miejsce krótka przerwa i w drugiej części, już z perkusją i bardziej rockowo, wykonali dalsze przeboje Metallici w swojej aranżacji, tylko te niepochodzące z pierwszego albumu. Pojawiły się moje ulubione utwory One, The Unforgiven, Enter Sandman, Master of Puppets oraz Nothing Else Matters. Całość trwała dość długo, bo około dwóch godzin.


Koncert był wspaniały, pod każdym względem. Członkowie Apocalytpici to genialni showmeni, którzy umieją nawiązać świetny kontakt z publicznością. Zawsze potrafią powiedzieć parę słów w języku kraju, w którym występują i zawsze wykonają jakiś miły gest w stronę fanów. Tym razem perkusista Mikko Sirén na bisy założył koszulkę w polskich barwach i ze swoim nazwiskiem. Występ był energetyczny i dał mi niezłego kopa. A to, co Eicca Toppinen i Perttu Kivilaakso, a zwłaszcza ten drugi, wyprawiają ze swoimi wiolonczelami, to istne szaleństwo. Paavo Lötjönen jest nieco mniej ekspresyjny, natomiast Antero Manninen stanowił absolutny kontrast do pozostałej trójki. Jego statyczna, spokojna gra ma jednak niewątpliwie swój urok. Scenografia i oprawa świetlna była minimalistyczna, ale świetnie pasowała do całości swoim mrocznym klimatem i tajemniczością. 


Miejsce też było nietuzinkowe. Narodowe Forum Muzyki nieczęsto gości w swych progach ciężkie granie. Z jednej strony, miało to swoje plusy, bo atmosfera była bardziej podniosła, a akustyka znacznie lepsza niż w jakimkolwiek klubie. Pod względem muzycznym strzał w dziesiątkę. Miejsce też miałam dobre, i choć siedziałam daleko od sceny, widziałam wszystko bardzo dobrze. Jednak z drugiej strony, snobizm tego miejsca trochę gryzł się z luźną atmosferą rockowego koncertu, trudno było wysiedzieć na wyznaczonych miejscach, a do tego irytowała mnie niesamowicie dziewczyna z obsługi, która przez cały występ przepychała się między widzami, by upominać osoby robiące zdjęcia telefonami. Pierwszy raz spotkałam się z tym, by nie można było zrobić sobie choć jednej pamiątkowej fotki. No dobra, regulamin regulaminem, rozumiem, ale wystarczyło ogłosić to lub informować nas przy wejściu, bo to przepychanie się bardzo mi przeszkadzało w odbiorze koncertu. Ale to w zasadzie jedyny mankament.


Bardzo się cieszę, że udało mi się wybrać na ten koncert. Była to jedyna w swoim rodzaju okazja usłyszeć utwory, których Apocalyptica nie gra na co dzień. Myślę, że taki występ już się nie powtórzy. A mało brakowało i bym obeszła się smakiem. Przegapiłam bowiem dzień wprowadzenia biletów do sprzedaży i gdy zdecydowałam się na zakup, żadna wejściówka już nie była dostępna. Na szczęście udało mi się odkupić bilet po cenie nominalnej od prywatnej osoby. Oczywiście obawiałam się, ale postanowiłam zaryzykować, a szczęśliwie sprzedawca okazał się uczciwy :)



Jestem pewna, że to nie był mój ostatni koncert Apocalyptici. To świetna kapela. Lubię ich za innowacyjność i oryginalność oraz dopracowane w każdym calu występy. Poza tym to wspaniali, wykształceni muzycy, którzy ukończyli prestiżową Akademię Sibeliusa w Helsinkach. To słychać - każdy ich koncert to uczta dla uszu. Osobiście cenię ich również za to, że wydają się bym mądrymi ludźmi z pięknym podejściem do życia i świata. Tak przynajmniej wynika z mojej interpretacji ich wypowiedzi na koncertach, w mediach społecznościowych i wywiadach. Cóż, nie mogę się doczekać następnego razu!


Setlista

Enter Sandman
Master of Puppets
Harvester of Sorrow
The Unforgiven
Sad but True
Creeping Death
Wherever I May Roam
Wecome Home (Sanitarium)

Fade to Black
For Whom the Bell Tolls
Fight Fire With Fire
Until It Sleeps
Orion
Escape
Battery
Seek & Destroy

Nothing Else Matters
One

2/10/2017

Skandynawia. Lodowate serca, czy jednak "Ciepło na Północy"?

Skandynawia. Lodowate serca, czy jednak "Ciepło na Północy"?
O zamiłowaniu do podróżowania i poznawania nowych miejsc już opowiadałam, podobnie jak o mojej sympatii do Czech, czeskiej kultury i języka. A znacznie wcześniej pojawiła się u mnie miłość do Skandynawii i ogólnie krajów nordyckich, a w szczególności Finlandii. Sięga to czasów wczesnej podstawówki, gdy moim ulubionym zajęciem było kartkowanie atlasu geograficznego i uczenie się na pamięć wszystkich stolic, flag i innych faktów dotyczących poszczególnych krajów świata. Renia na pewno pamięta, bo ją zmuszałam, aby godzinami mnie przepytywała :) W ogóle geografia przez wiele lat była moją największą pasją, no może na równi z językami obcymi. Na początku gimnazjum przerabiałam sobie w wolnym czasie materiały do matury ;) Normalne to może nie było, ale nic nie poszło na marne. Dzięki temu wygrałam wojewódzki konkurs, który zwalniał mnie z części matematyczno-przyrodniczej egzaminu gimnazjalnego. A poza tym kilka lat później zdawałam maturę z tego przedmiotu, gdyż był wymagany do przyjęcia na studia z archeologii.


W każdym razie właśnie podczas tych godzin spędzonych nad mapami zrodziła się moja miłość do Skandynawii i chęć odwiedzenia krajów Północy. Poczekać musiałam dość długo, bo dopiero w 2008 roku po raz pierwszy byłam w Finlandii. Następnie miały miejsce cudowne podróże na Bornholm i do Ystad, do Danii oraz Skanii i znów do Finlandii. Jeszcze wiele przede mną, niemniej te miejsca, które miałam okazję zobaczyć, bardzo mi się podobały. Już myślę o kolejnych wycieczkach. Wspominam tu o Finlandii, która geograficznie w Skandynawii się nie znajduje, jednak na pewno należy do nordyckiego kręgu kulturowego, więc ją uwzględniam.

Jedna z malowniczych uliczek Ystad

W krajach skandynawskich fascynuje mnie wszystko - historia, szczególnie okres wikiński, architektura, języki, muzyka, sztuka, kino, przyroda, ludzie... Może zwłaszcza przyroda. Surowa, zimna, malownicza i na swój sposób egzotyczna. Jeśli chodzi o języki, to przez kilka lat uczyłam się na własną rękę fińskiego, potem przez rok szwedzkiego na kursie. Próbowałam też zgłębić wymowę islandzką, niestety z miernym skutkiem. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane do tego powrócić, bo niestety żadnego z tych języków nie przyswoiłam na tyle, by się w nich porozumiewać. Chciałam w ramach archeologii zajmować się okresem wikińskim, ale moja droga zawodowa potoczyła się jednak innym torem. Za to w ramach historii sztuki piszę pracę magisterską o rusyfikacji przestrzeni publicznej w dziewiętnastowiecznych Helsinkach i porównuję tę sytuację z tym, co się działo wówczas w rosyjskiej Warszawie. Moje raczkujące umiejętności w zakresie fińskiego i szwedzkiego bardzo mi się teraz przydają, nieoceniona jest też pomoc mojej fińskiej przyjaciółki :)

Słynna romańska katedra w Lund

Trochę archeologii (muzeum w Lund)

Przyszła mi ochota tak o tym pogadać w kontekście książki, którą niedawno skończyłam czytać. Pozycję Szwedzi. Ciepło na Północy Katarzyny Molędy dostałam od Reni pod choinkę w zeszłym roku. Siostra doskonale wie, że uwielbiam książki o Skandynawii, zwłaszcza te reportażowe. Przeczytałam ich mnóstwo, część recenzowałam na portalu lubimyczytac.pl, możecie zajrzeć TUTAJ, jeśli ciekawi Was, co pochłonęłam w ostatnim czasie. Było tego znacznie więcej, będę się starała stopniowo uzupełniać moje opinie :)

Symbol Malmö - Turning Torso

Stacja do napompowania opon w rowerze w Malmö

Katarzyna Molęda od wielu lat mieszka w Szwecji. Z wykształcenia jest skandynawistką, z zawodu dziennikarką, jej teksty można przeczytać w wielu polskich pismach, m.in. w "Wysokich Obcasach". W latach 2007-2011 sprawowała funkcję konsula RP w Sztokholmie. Myślę, że poznała Szwecję i Szwedów na tyle dobrze, że wie, o czym mówi. Oczywiście to wciąż jej osobiste doświadczenia i subiektywne opinie, ale muszę przyznać, że w wielu aspektach są zbieżne z moimi spostrzeżeniami. Autorka w swojej książce porusza takie kwestie jak równość, poziom życia, tolerancja, ekologia czy bezpieczeństwo. Pisze sporo o życiu codziennym w Szwecji, ze swojej własnej perspektywy. Dementuje niektóre mity dotyczące Szwedów, ale nie rozgrzesza ich ze wszystkiego. Opisuje szwedzkie zwyczaje, dziwactwa i grzeszki. Nie chcę zdradzać za wiele, bo bardzo zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, zwłaszcza jeśli Skandynawia jest bliska Waszemu sercu. Książka jest ciekawa i dobrze napisana, pod tym względem nie mam jej nic do zarzucenia. Pochłonęłam ją w kilka zimowych wieczorów :)


Po lekturze i uwzględnieniu moich własnych doświadczeń nasuwa mi się wiele przemyśleń. Myślę, że w Szwecji żyje się łatwiej, spokojniej i chyba zdrowiej niż w Polsce. Pewne sprawy, które Szwedom nie mieszczą się w głowie, u nas są na porządku dziennym. Państwo otacza obywateli daleko idącą opieką, to fakt. Poza tym ludzie zachowują zdecydowanie lepszą równowagę między pracą a życiem prywatnym niż w naszym kraju. Są na innym poziomie rozwoju cywilizacyjnego niż my, tego nie da się ukryć. Nie chcę jednak rozwodzić się w tym miejscu nad przyczynami, bo można by o tym napisać doktorat co najmniej, tak skomplikowana jest ta sytuacja. Niemniej w moim odczuciu Szwedzi w niektórych aspektach przesadzają, wykazując się nadgorliwością. Szczególnie podoba mi się jednak to, że mieszkańcy Szwecji tworzą społeczeństwo obywatelskie i mają wpojone pewne postawy, których większość Polaków nie potrafi zrozumieć. Chodzi mi o stosunek do odmienności, podejście do religii, poszanowanie wolności innych ludzi, dbałość o środowisko, podejście do zwierząt. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Celowo pomijam wątek uchodźców, których w Szwecji nie brakuje, bo to temat wywołujący skrajne emocje, a ja moją opinię w tej sprawie wolę zachować dla siebie i prywatnych rozmów w gronie przyjaciół i znajomych :) 


Jeśli zaś chodzi o samych Szwedów, czy nawet szerzej, Skandynawów, to może faktycznie są nieco bardziej zdystansowani i zamknięci w sobie, zwłaszcza Finowie, ale z mojego doświadczenia wynika, że tak naprawdę to oddani przyjaciele, na których zawsze można liczyć. Cenię sobie również ich szczerość oraz to, że możemy sobie razem pomilczeć przy piwie i nie zapada niezręczna cisza. Jestem małomówna, więc to dla mnie wybawienie :) No i świetne jest to, że w Skandynawii tak łatwo dogadać się po angielsku, nawet ze starszymi osobami. Zdarzyło mi się spotkać osoby, które angielskiego nie znały, ale tylko na Bornholmie i w małym fińskim miasteczku. W miejscach publicznych nie ma szans się nie porozumieć.


Czy jednak chciałabym zamieszkać w Szwecji lub innym kraju nordyckim? Jeszcze niedawno odpowiedziałabym, że nie. Że dobrze mi w Polsce, a do Skandynawii wolę sobie pojechać na wycieczkę i wrócić. Coraz częściej jednak myślę sobie, że pomieszkałabym sobie jakiś czas w takich Helsinkach albo jakimś mniejszym skandynawskim mieście. Do metropolii mnie jakoś nie ciągnie. Ja tymczasem uciekam planować swoją kolejną podróż na północ, a Wam polecam serdecznie książkę Katarzyny Molędy, jeśli chcecie dowiedzieć się, jak się żyje u naszych zamorskich sąsiadów :)

1/07/2017

Moim okiem... Drezno (10.12.2016 r.)

Moim okiem... Drezno (10.12.2016 r.)
Drezno miałam okazję odwiedzić do tej pory trzy razy. Muszę przyznać, że lubię to miasto. Chociaż różni się od tych zachodnioniemieckich, to ma wiele uroku i ciekawych miejsc. I dużo przestrzeni. W tym takiej, która sprzyja spacerom, uprawianiu sportu i ogólnie spędzaniu czasu na świeżym powietrzu. A i tego tu nie brak. Drezno należy bowiem do najczystszych miast Niemczech i podobno jest bardzo przyjazne mieszkańcom. Bardzo zniszczone podczas II wojny światowej, zostało jednak pięknie odbudowane. Dzięki temu możemy podziwiać drezdeńską barokową Starówkę. Generalnie jest to najbliższe Wrocławiowi duże europejskie miasto. Bliżej mamy do Drezna niż do Pragi, Krakowa czy Warszawy. Szybciej dojedziemy do Katowic, Łodzi czy Poznania, no ale trudno tu o porównania, sami rozumiecie ;) 




W tej chwili dojazd jest niezły, bo mamy do dyspozycji kilka razy w ciągu dnia pociąg, a do tego liczne ciekawe promocje. My jechałyśmy w 10 osób i wydałyśmy 60 zł na przejazd w dwie strony od osoby. Opłaca się skoczyć nawet na jeden dzień :) O ile Drezno wśród Wrocławian i ogólnie Dolnoślązaków to dość popularny kierunek podróży, tak sądzę, że nasze miasto jest zdecydowanie kiepsko rozreklamowane w Saksonii. Spotkałam kiedyś w Czeskich Budziejowicach rodowitych Niemców z Drezna i o Wrocławiu słyszeli po raz pierwszy, a o tym, że miasto leżało kiedyś w granicach Niemiec, to już w ogóle...




Nasza podróż zaczęła się o 6.00 rano, dziewczyny, które wsiadały na Głównym (ja z Renią i Alą dosiadłyśmy się na Nowym Dworze, a Daga w Leśnicy), zajęły nam miejsca. I dobrze, bo były takie tłumy, że musiałybyśmy stać prawie cztery godziny w tłumie. Ogólnie, działo się. Prawdziwi polscy patrioci w koszulkach z logo Polski Walczącej raczyli się od wczesnych godzin porannych alkoholem, nas też częstowali i ogólnie dobrze się bawili. Ale poza zaczepkami pijanych kolesi, spotkała nas też bardzo miła sytuacja. Otóż, w Görlitz wsiadła niemiecka staruszka, bardzo elegancka Pani, zadbana i w fantazyjnych oprawkach od okularów ;) Wcale nie prosiła, by ustąpić jej miejsca, stała sobie niedaleko wejścia. Siedząc tyłem, nawet jej nie widziałam. Konduktorka rzuciła jednak hasło, żeby ktoś starszej Pani ustąpił, wstałam więc, a ona sobie usiadła. Ja się ścisnęłam z Renią i Pauliną na dwóch siedzeniach i jakoś się pomieściłyśmy, chociaż nogi nam drętwiały ;) Pani miała duża potrzebę rozmowy, ja z grzeczności parę razy coś jej odpowiedziałam, więc wyczaiła, że mówię po niemiecku. I się zaczęło. Opowiadała mi o wszystkim, chociaż ledwie ją słyszałam - po niemiecku, ale też po angielsku, jak czegoś nie rozumiałam, a i wtrącała czeskie i polskie słowa. Szczerze mówiąc, byłam pod wrażeniem. Pani lat 82, poliglotka, podróżująca do Wiednia udzieliła nam rad, co w Dreźnie obejrzeć i na sam koniec naszej wspólnej podróży sięgnęła do torebki i dziękując za miłą rozmowę i życząc nam udanego pobytu, wręczyła mi 10€, żebyśmy sobie kupiły coś dobrego :) Mam nadzieję, że to nie dlatego, że wyglądam na biedaka ;) Wiadomo, zapewniłam ją, że nie trzeba, ale nalegała, więc prezent przyjęłam, bo widziałam, że i jej było miło. Co zabawne, całkiem podobną sytuację miałam miesiąc wcześniej w Krakowie. Przepuściłam turystkę ze Stanów Zjednoczonych w kolejce do Fabryki Schindlera, bo bardzo zależało jej na obejrzeniu muzeum, a najpewniej nie załapałaby się na wejście tego dnia. W ramach wdzięczności, nie słuchając moich protestów, zapłaciła za mój bilet :) Ja po prostu podchodzę do wszystkich z wyrozumiałością, taka już moja natura, jednak ludzie chyba nie są przyzwyczajeni do takiego traktowania, stąd chyba takie reakcje na uprzejmość. To trochę smutne, ale z drugiej strony, pocieszające. W każdym razie dla mnie to pewna lekcja.




Ale przejdźmy do atrakcji drezdeńskich. Starówka to punkt obowiązkowy, wiadomo. A tam zamek - Residenzschloß, dworski kościół Hofkirche, opera Sempera, kościół Świętego Krzyża, kościół Marii Panny, czyli słynny Frauenkirche i oczywiście zespół pałacowy Zwinger. Bardzo ciekawe jest XIX-wieczne malowidło ścienne na jednym z gmachów ograniczającym dziedziniec zamkowy, tzw. Fürstenzug, czyli orszak książęcy. Znajdziemy na nim władców z dynastii Wettynów, w tym dwóch polskich królów - Augusta II Mocnego i Augusta III Sasa, którzy mimo pełnionej funkcji rezydowali głównie w Dreźnie. Stąd się wywodzili. Natomiast spośród mieszczących się w Zwingerze muzeów koniecznie trzeba odwiedzić przynajmniej Gemäldegalerie Alte Meister, czyli zbiory malarstwa, wśród których znajdują się znakomite dzieła takich artystów jak Tycjan, Rembrandt, Rubens, Dürer czy Rafael Santi.To tutaj obejrzymy słynną Madonnę Sykstyńską Rafaela, Dziewczynę czytającą list Vermeera i wiele innych wspaniałych obrazów. Osobiście polecam również spacer promenadą nadłabską, mamy stamtąd piękny widok na rzekę. A jeśli dysponujecie większą ilością czasu, to warto wybrać się do pobliskiego Moritzburga, by obejrzeć urokliwy zamek, obecnie barokowy, ale o średniowiecznych korzeniach. Renia zachęca też do odwiedzenia Muzeum Higieny, w którym ja niestety jeszcze nie byłam, ale wszystko przede mną.




W związku z tym, że była to nasza kolejna wizyta, nie planowałyśmy intensywnego zwiedzania, a raczej intensywne zakupy ;) Odwiedziłyśmy oczywiście stoiska na jarmarku bożonarodzeniowym. Mnie osobiście klimat tego drezdeńskiego podoba się znacznie bardziej niż wrocławskiego, choć i tutaj nietrudno o kicz i sporą dawkę przaśności. Mam jednak wrażenie, że znaczna większość sprzedawców to lokalne firmy, we Wrocławiu większości miejscowych producentów nie stać na wynajęcie stoiska... Uważam, że nasze miasto powinno zmienić politykę w tej kwestii, bo nie dość, że na jarmarku nie zarabia ani grosza, to jeszcze pozwala na sprzedawanie patriotycznych koszulek, góralskich serków, które gór nie widziały, chińskich czapek i szalików oraz kiełbasek z Biedronki polanych musztardą i keczupem Aro. Naprawdę nieliczne stoiska oferują ciekawe produkty. I choć rozumiem, że jarmark tworzy świąteczny klimat, to niestety nie pochwalam tego, co się na nim wyprawia. Drezno moim zdaniem wygrywa. 



Ale dość zrzędzenia. Obowiązkowymi punktami była ponadto drogeria dm i kultowy Primark. Nie szalałam jednak, zaopatrzyłam się raczej w podstawowe rzeczy, bo ogólnie nie jestem zagorzałą fanką Primarka, a kosmetyków mam pod dostatkiem ;) W Primarku lubię kupować skarpetki, majtki, legginsy i podkoszulki, bo są tanie i dobrej jakości. Trochę się boję, czy nie są jakieś toksyczne, ale trwałości im nie mogę odmówić. Legginsy sprzed trzech lat wciąż mi służą i mają się świetnie, choć eksploatuję je na okrągło. W tym samym czasie do śmieci poszły trzy pary legginsów innych marek. Dwa lata temu kupiłam z kolei jeansy w promocji za 3€ i nic się z nimi nie dzieje, a na przykład spodnie z H&M mają u mnie żywotność rzędu 3-4 miesięcy. Natomiast nie przepadam za innymi ciuchami z Primarka, bo jakość jest średnia, a ceny wcale nie takie niskie. Z kwestii gastronomicznych nic Wam nie polecę, bo wybrałyśmy się, rzecz jasna, na tradycyjne danie kuchni niemieckiej, czyli kebab u Turka ;) Nie było czasu na stołowanie się w porządniejszych lokalach, zresztą, ja tam lubię kebab, nawet bardzo, a ten był wyjątkowo smaczny :)



Jako że słyszałyśmy już w pociągu, że większość pasażerów będzie desperacko polować na miejsca siedzące w powrotną stronę, to zjawiłyśmy się na dworcu ze sporym wyprzedzeniem. Opracowałyśmy podstępny plan, ustawiłyśmy się wzdłuż peronu, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że przed którąś z nas zatrzymają się drzwi pociągu... i chuj. Przed nami stanęło łączenie wagonów i zanim dopchałyśmy się do drzwi, wszystkie miejsca nam sprzątnięto. Generalnie, powrót to był dramat. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Jak już wepchnęłyśmy się do środka, a raczej tłum nas bezwładnie wniósł, to trzeba było stać w ścisku z głową do góry, by złapać oddech. Byłam gotowa wysiadać, stracić bilet, nocować na dworcu i wrócić do Wrocławia rano, bo przede mną rozciągnęła się wizja utraty przytomności i śmierci z uduszenia. Panika jednak minęła i spróbowałyśmy się jakoś zorganizować. Renia z Anią jakimś cudem wyszarpały dwa miejsca siedzące i zabrały nasze rzeczy, a reszta z nas porozsiadała się wygodnie na podłodze oraz schodach i jakoś dojechałyśmy do Wrocławia cało i zdrowo. Ale byłyśmy tak sponiewierane, że szkoda słów. Więcej się na coś takiego nie piszę. Przypomniały mi się stare dobre czasy podstawówki, kiedy rodzice musieli wrzucać dzieci przez okno do pociągu, by zajęły przedział, jak jechaliśmy z klasą na Zieloną Szkołę nad morze ;) Uważam, że chorym pomysłem jest sprzedawanie nieograniczonej ilości biletów na pociąg złożony z dwóch wagonów. Może na co dzień tak nie jest, ale w sobotę przed Bożym Narodzeniem mogli pomyśleć o wydłużeniu składu, chociaż o jeden wagon. Ludzie walczyli o miejsce jak o przetrwanie, tratując się nawzajem, wyzywając i mając innych w dupie. W takich momentach odzywają się najgorsze instynkty. Jak przed wejściem do Polskiego Busa. Tego fenomenu nigdy nie pojmę - zakupienie biletu gwarantuje miejsce siedzące, a ludzie i tak biją się niemal o pierwszeństwo wejścia do autobusu ;)




Nasz wypad był super, ale bez przygód się nie obyło. Przede wszystkim jestem w szoku, że udało nam się zebrać tak liczną i zgraną ekipę. Mam nadzieję, że dziewczyny nie żałują wyjazdu, mimo towarzyszących nam tłumów i ekstremalnych przeżyć :) Za jakiś czas na pewno wybiorę się do Drezna, bo jest jeszcze kilka muzeów, które mam ochotę odwiedzić, ale nie wiem, czy pociągiem :P Chciałabym też pojeździć trochę po mniejszych miejscowościach Łużyc i Saksonii, bo z tego co słyszałam i oglądałam w Internecie, wiele z nich to piękne, malownicze miejscowości z interesującymi zabytkami. Widzę to, zresztą, po Görlitz, w którym byłam też chyba ze trzy razy, a jeszcze parę miejsc do odwiedzenia mi zostało :)




Znacie Drezno? Jakie są Wasze doświadczenia?

12/22/2016

Zgodny mariaż opery, rocka i metalu :) Tarja Turunen we Wrocławiu (6 grudnia 2016 r.)

Zgodny mariaż opery, rocka i metalu :) Tarja Turunen we Wrocławiu (6 grudnia 2016 r.)
Ostatnio na blogu jest mocno koncertowo :) Cóż, cieszy mnie to bardzo, bo w końcu więcej czasu poświęcam muzyce i częściej bywam na koncertach. Mam nadzieję, że stan ten się utrzyma, w każdym razie postaram się, aby tak było :) Na Mikołaja sprawiłam sobie w ramach prezentu bilet na koncert Tarji Turunen, który odbył się w sali wrocławskiego Stadionu Miejskiego w ramach trasy promującej nowy album wokalistki The Shadow Self. Zapraszam na moje wrażenia!




Tarję poznałam, pewnie jak większość jej fanów, gdy jeszcze była wokalistką Nightwish - fińskiego zespołu grającego metal symfoniczny. Chodziłam wtedy chyba do pierwszej klasy gimnazjum, śpiewałam w chórze i byłam oczarowana połączeniem pięknego sopranu Tarji z ciężkimi gitarowymi riffami. Do tej pory często sięgam po płyty Nightwisha z nią nagrane, chociaż późniejsze krążki, przy których współpracowali już z innymi wokalistkami, też lubię. Są inne, ale i tak mi się podobają. W każdym razie osobiście należę do fanów głosu Tarji Turunen, ale daleko mi do ortodoskyjnych wielbicieli zespołu, głoszących, że Nightwish bez Tarji nie ma racji bytu.



Nightwish miałam okazję zobaczyć na żywo już dwa razy, gdy współpracowali z Annette Olzon - na festiwalu Ruisrock we fińskim Turku w 2008 r. oraz gdy mieszkałam w Pradze w 2012 r. Chciałam też jechać roku temu do Pragi, bo jestem bardzo ciekawa, jak najnowsza wokalistka zespołu, Floor Jansen, wypada na żywo, niestety ale los sprawił, że musiałam odwołać wyjazd i sprzedać bilet. W każdym razie kombinacji Nightwish + pani Turunen nie miałam okazji poznać na żywo, czego bardzo żałuję :(


Na solową Tarję wybierałam się już na tegoroczny Przystanek Woodstock, ale znów mi nie wyszło, musiałam zadowolić się transmisją na Kręcioła TV. Właśnie dlatego bez namysłu kupiłam bilet, gdy tylko dowiedziałam się, że wokalistka zagra w moim rodzinnym Wrocławiu. Był to specjalny dzień, bo z jednej strony Mikołajki, a poza tym fińskie święto narodowe - Dzień Niepodległości. Z tej pierwszej okazji Tarja i cały jej zespół część koncertu zagrali w mikołajowych czapkach :)



Generalnie, jestem bardzo zadowolona z koncertu, chociaż nie śledzę wnikliwie kariery solowej Tarji Turunen i nie wszystkie zagrane utwory były mi znane. Zależało mi przede wszystkim na usłyszeniu jej głosu na żywo. I faktycznie wokal robi wrażenie swą mocą, skalą i precyzją. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że własne kompozycje artystki nie są tak dobre niż kawałki Nightwish i brzmią bardziej rockowo niż metalowo, co akurat minusem nie jest. Po prostu mniej mi się podobają. Niemniej pod względem stricte muzycznym było bardzo dobrze - mocny wokal i świetny zespół sprawiły, że koncert był ucztą dla uszu. Tarji towarzyszyli świetni muzycy, włączając w to gitarzystę, basistę, perkusistę, klawiszowca oraz wiolonczelistę Maxa Lilję, nota bene byłego członka innego słynnego fińskiego zespołu, Apocalyptica.



Nie wnikam w kwestie konfliktu między Nightwishem a Tarją, na mnie artystka zrobiła bardzo pozytywne wrażenie jako osoba. Była wesoła, ciepła, otwarta i złapała świetny kontakt z publicznością. Nauczyła się naprawdę imponującej ilości polskich zwrotów, czym zyskała sympatię widzów, w tym moją. Co więcej, z jej ust padło wiele mądrych słów (już po angielsku). Wielokrotnie podkreślała, że czuje się ogromną szczęściarą i jest bardzo wdzięczna, że może spełniać swoje marzenia, do czego nas również gorąco zachęcała. Emanowała naprawdę fajną energią, bardzo mi się to podobało. A nawet przez chwilę się wzruszyłam :) Poza tym Tarja jest piękną kobietą, a jej stroje, które podczas występu kilka razy zmieniała, mogą wzbudzać zachwyt, miło się więc nie tylko słuchało, ale i oglądało. Po prostu pełne show, dopracowane w każdym calu.



Koncert trwał dwie godziny, czyli dłużej niż większość występów, w których miałam okazję wziąć udział. Setlista była ciekawa, pojawiło się na niej kilka piosenek, które bardzo lubię, np. Innocence, Victim Of Ritual czy Demons In You. Szkoda, że z repertuaru Nightwish pojawił się tylko Ever Dream spleciony z utworami Tutankhamen, The Riddler i Slaying The Dreamer. Liczyłam na coś więcej. Tarja zagrała też cover Supremacy zespołu Muse. Z minusów, to nagłośnienie mogło być lepsze, a i z widocznością był problem, bo gdy ktoś stał nieco z boku, to filary wszystko mu zasłaniały. Doznania wzrokowe i słuchowe zrekompensowały mi jednak niedociągnięcia techniczne. Zresztą, znam gorsze koncertowe miejscówki niż ta ;)



Dodam jeszcze, że przed gwiazdą wieczoru wystąpiły dwa supporty. Pierwszego z nich niestety nie miałam okazji obejrzeć, bo spóźniłam się, jadąc prosto z zajęć. Był to hiszpański zespół Suddenlash, dowodzony przez piękną wokalistkę. Bardzo żałuję, że ta część wieczoru mnie ominęła, bo myślę, że kapela mogłaby mi przypaść do gustu. Drugi w kolejce był brytyjski Immension, propozycja dość udana, chociaż nie jestem największą fanką heavy metalu.


Podsumowując, jestem zadowolona i cieszę się, że kolejnego artystę mogę odhaczyć z mojej listy do zobaczenia na żywo :) Fajny prezent na Mikołaja, ode mnie dla mnie. Myślę, że może jeszcze kiedyś się skuszę na koncert pięknej Finki, jak będzie okazja!

I kilka filmów z koncertu:






Copyright © 2016 Black Rainbow Blog , Blogger