12/22/2016

Zgodny mariaż opery, rocka i metalu :) Tarja Turunen we Wrocławiu (6 grudnia 2016 r.)

Zgodny mariaż opery, rocka i metalu :) Tarja Turunen we Wrocławiu (6 grudnia 2016 r.)
Ostatnio na blogu jest mocno koncertowo :) Cóż, cieszy mnie to bardzo, bo w końcu więcej czasu poświęcam muzyce i częściej bywam na koncertach. Mam nadzieję, że stan ten się utrzyma, w każdym razie postaram się, aby tak było :) Na Mikołaja sprawiłam sobie w ramach prezentu bilet na koncert Tarji Turunen, który odbył się w sali wrocławskiego Stadionu Miejskiego w ramach trasy promującej nowy album wokalistki The Shadow Self. Zapraszam na moje wrażenia!




Tarję poznałam, pewnie jak większość jej fanów, gdy jeszcze była wokalistką Nightwish - fińskiego zespołu grającego metal symfoniczny. Chodziłam wtedy chyba do pierwszej klasy gimnazjum, śpiewałam w chórze i byłam oczarowana połączeniem pięknego sopranu Tarji z ciężkimi gitarowymi riffami. Do tej pory często sięgam po płyty Nightwisha z nią nagrane, chociaż późniejsze krążki, przy których współpracowali już z innymi wokalistkami, też lubię. Są inne, ale i tak mi się podobają. W każdym razie osobiście należę do fanów głosu Tarji Turunen, ale daleko mi do ortodoskyjnych wielbicieli zespołu, głoszących, że Nightwish bez Tarji nie ma racji bytu.



Nightwish miałam okazję zobaczyć na żywo już dwa razy, gdy współpracowali z Annette Olzon - na festiwalu Ruisrock we fińskim Turku w 2008 r. oraz gdy mieszkałam w Pradze w 2012 r. Chciałam też jechać roku temu do Pragi, bo jestem bardzo ciekawa, jak najnowsza wokalistka zespołu, Floor Jansen, wypada na żywo, niestety ale los sprawił, że musiałam odwołać wyjazd i sprzedać bilet. W każdym razie kombinacji Nightwish + pani Turunen nie miałam okazji poznać na żywo, czego bardzo żałuję :(


Na solową Tarję wybierałam się już na tegoroczny Przystanek Woodstock, ale znów mi nie wyszło, musiałam zadowolić się transmisją na Kręcioła TV. Właśnie dlatego bez namysłu kupiłam bilet, gdy tylko dowiedziałam się, że wokalistka zagra w moim rodzinnym Wrocławiu. Był to specjalny dzień, bo z jednej strony Mikołajki, a poza tym fińskie święto narodowe - Dzień Niepodległości. Z tej pierwszej okazji Tarja i cały jej zespół część koncertu zagrali w mikołajowych czapkach :)



Generalnie, jestem bardzo zadowolona z koncertu, chociaż nie śledzę wnikliwie kariery solowej Tarji Turunen i nie wszystkie zagrane utwory były mi znane. Zależało mi przede wszystkim na usłyszeniu jej głosu na żywo. I faktycznie wokal robi wrażenie swą mocą, skalą i precyzją. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że własne kompozycje artystki nie są tak dobre niż kawałki Nightwish i brzmią bardziej rockowo niż metalowo, co akurat minusem nie jest. Po prostu mniej mi się podobają. Niemniej pod względem stricte muzycznym było bardzo dobrze - mocny wokal i świetny zespół sprawiły, że koncert był ucztą dla uszu. Tarji towarzyszyli świetni muzycy, włączając w to gitarzystę, basistę, perkusistę, klawiszowca oraz wiolonczelistę Maxa Lilję, nota bene byłego członka innego słynnego fińskiego zespołu, Apocalyptica.



Nie wnikam w kwestie konfliktu między Nightwishem a Tarją, na mnie artystka zrobiła bardzo pozytywne wrażenie jako osoba. Była wesoła, ciepła, otwarta i złapała świetny kontakt z publicznością. Nauczyła się naprawdę imponującej ilości polskich zwrotów, czym zyskała sympatię widzów, w tym moją. Co więcej, z jej ust padło wiele mądrych słów (już po angielsku). Wielokrotnie podkreślała, że czuje się ogromną szczęściarą i jest bardzo wdzięczna, że może spełniać swoje marzenia, do czego nas również gorąco zachęcała. Emanowała naprawdę fajną energią, bardzo mi się to podobało. A nawet przez chwilę się wzruszyłam :) Poza tym Tarja jest piękną kobietą, a jej stroje, które podczas występu kilka razy zmieniała, mogą wzbudzać zachwyt, miło się więc nie tylko słuchało, ale i oglądało. Po prostu pełne show, dopracowane w każdym calu.



Koncert trwał dwie godziny, czyli dłużej niż większość występów, w których miałam okazję wziąć udział. Setlista była ciekawa, pojawiło się na niej kilka piosenek, które bardzo lubię, np. Innocence, Victim Of Ritual czy Demons In You. Szkoda, że z repertuaru Nightwish pojawił się tylko Ever Dream spleciony z utworami Tutankhamen, The Riddler i Slaying The Dreamer. Liczyłam na coś więcej. Tarja zagrała też cover Supremacy zespołu Muse. Z minusów, to nagłośnienie mogło być lepsze, a i z widocznością był problem, bo gdy ktoś stał nieco z boku, to filary wszystko mu zasłaniały. Doznania wzrokowe i słuchowe zrekompensowały mi jednak niedociągnięcia techniczne. Zresztą, znam gorsze koncertowe miejscówki niż ta ;)



Dodam jeszcze, że przed gwiazdą wieczoru wystąpiły dwa supporty. Pierwszego z nich niestety nie miałam okazji obejrzeć, bo spóźniłam się, jadąc prosto z zajęć. Był to hiszpański zespół Suddenlash, dowodzony przez piękną wokalistkę. Bardzo żałuję, że ta część wieczoru mnie ominęła, bo myślę, że kapela mogłaby mi przypaść do gustu. Drugi w kolejce był brytyjski Immension, propozycja dość udana, chociaż nie jestem największą fanką heavy metalu.


Podsumowując, jestem zadowolona i cieszę się, że kolejnego artystę mogę odhaczyć z mojej listy do zobaczenia na żywo :) Fajny prezent na Mikołaja, ode mnie dla mnie. Myślę, że może jeszcze kiedyś się skuszę na koncert pięknej Finki, jak będzie okazja!

I kilka filmów z koncertu:






12/18/2016

Jak w czeskim filmie... Petr Rímský we wrocławskim klubie Pieśniarze (30 listopada 2016 r.)

Jak w czeskim filmie... Petr Rímský we wrocławskim klubie Pieśniarze (30 listopada 2016 r.)
Moja relacja z poezją śpiewaną jest dość zawiła. Z jednej strony bardzo ją sobie cenię, ale rzadko sięgam po nią na co dzień. Na mojej codziennej playliście króluje po prostu mocniejsza muzyka. Jednak gdy dowiedziałam się, że we wrocławskim klubie poetycko-muzycznym Pieśniarze zagra swój koncert czeski bard Petr Rímský, nie mogłam pozostać obojętna. Z kilku względów.


Po pierwsze, jak już wiecie, kocham język czeski i czeskie kino, a twórczość Petra Rímského przypomina mi właśnie muzykę z moich ukochanych czeskich filmów. Szczera, klimatyczna, niby traktująca o rzeczach przyziemnych, a jednak bardzo refleksyjna. Pod względem muzycznym łączy w sobie poezję śpiewaną z elementami jazzu i bluesa. Koncert wprowadził mnie w bardzo przyjemny nastrój spokoju i pogody ducha. A sam artysta okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Warto podkreślić, że był jednym z uczestników legendarnego festiwalu Solidarności Polsko-Czeskiej we Wrocławiu w 1989 r. Opowiedział nam o okolicznościach swojego udziału w tym wydarzeniu i jak się okazało, artyści napotkali na swojej drodze liczne trudności i musieli nieźle kombinować, żeby dotrzeć do Wrocławia. Niezmiernie ciekawie było usłyszeć o tym wszystkim z ust samego uczestnika wydarzeń. Petrowi towarzyszył niewielki zespół, który w fajny sposób urozmaicił występ :)



Po drugie, zawsze miło spędzam czas z osobami skupionymi wokół Květu Evropy, o którym pisałam już TUTAJ, a którego to ekipa maczała palce w organizacji koncertu i zadbała o dużą frekwencję podczas wydarzenia. Na razie czuję się jeszcze wśród nich nowa, ale przyjazna atmosfera sprzyja rozwijaniu znajomości i zacieśnianiu więzi. Widać było, że większa część publiczności to dobrzy znajomi, klimat był luźny, jak w jednej wielkiej rodzinie :) Kolejny udany wieczór w miłym towarzystwie, wśród ludzi z pasją!



No i po trzecie, chciałam w końcu odwiedzić tajemniczy Klub Poetycko-Muzyczny Pieśniarze, który mieści się we Wrocławiu przy ul. Szewskiej. Podczas studiów codziennie, przemierzając trasę z przystanku do Instytutu Archeologii albo Historii Sztuki, widziałam plakaty zachęcające do udziału w koncertach organizowanych przez Pieśniarzy. Żałuję, że tak późno tam trafiłam. W trochę obskurnym podwórku, za zamaskowanymi drzwiami w kształcie gitary znajduje się inny świat. Wszędzie piętrzą się książki, antyczne meble, plakaty i przeróżne pamiątki. Klimat przesiąknięty jest artystycznym duchem do szpiku kości. To miejsce kojarzy mi się z siedzibą jakiegoś elitarnego, tajnego stowarzyszenia z XIX wieku :) Zdradzę Wam, że zawitam tam już w najbliższy wtorek z okazji kolejnego spotkania z cyklu Czeski z Pianką, ale o tym opowiem innym razem :)



Serdecznie Was zachęcam do śledzenia wydarzeń u Pieśniarzy, bo wciąż coś się tam dzieje!

12/09/2016

5 miejsc we Wrocławiu, w których zjesz dobrego burgera + Wrocławski Festiwal Burgerów 5-18.2016 r.

 5 miejsc we Wrocławiu, w których zjesz dobrego burgera + Wrocławski Festiwal Burgerów 5-18.2016 r.
Bardzo lubię burgery, takie prawdziwe, z dobrej jakości wołowiny, z chrupiącym pieczywem, smacznym sosem i świeżymi warzywami. Nic na to nie poradzę. Myślałam kiedyś o przejściu na wegetarianizm, ale na chwilę obecną to nie dla mnie. Cóż, może kiedyś dojrzeję do tej decyzji, ale na razie nie jestem na gotowa. Ale ja nie o tym, chciałam dziś przedstawić Wam kilka miejsc we Wrocławiu, w których zjecie smacznego burgera. Od razu zaznaczam, że to taki totalnie luźny przegląd, bo nie jestem znawcą, a moje podniebienie nie należy do tych najbardziej wyrafinowanych. Jem większość produktów i mało co mi nie smakuje. Nie odwiedziłam też wszystkich burgerowni we Wrocławiu, nie mam na to czasu ani kasy. Jest ich u nas całe mnóstwo, swego czasu wyrastały jak grzyby po deszczu, a teraz powoli się zwijają. Myślę, że nastąpiło przesycenie rynku po prostu, co za dużo to niezdrowo. Najczęściej wyskoczę na dobrą kanapkę w przerwie między zajęciami, dlatego też znam głównie te lokale, które mieszczą się w okolicach Rynku. Może w przyszłości, jak sprawdzę kolejne miejsca, to pojawi się następny burgerowy post, kto wie ;)


Postanowiłam napisać kilka słów o wrocławskich burgerach, bo od 5 do 18 grudnia trwa Wrocławski Festiwal Burgerów z aplikacją Qpony. W wielu miejscach można skorzystać ze zniżek i gratisów do zamówienia. W akcji biorą udział m.in. Pasibus, The Winners Pub, Rock Burger, Burger Love, Yankęs, Bobby Burger czy Soczewka. W większości lokali można zjeść burgera ze zniżką 10-20%. Tymczasem ja napaliłam się na Soczewkę, a tu okazało się, że w ramach festiwalu mogę dostać frytki gratis do burgera, który kosztuje ponad 30 zł... Dla mnie to średnia opcja, bo frytek do burgera nigdy nie zamawiam, więc za takie korzyści to ja podziękuję. Tym razem musiałam obejść się smakiem. Słyszałam wiele dobrego o burgerach w Soczewce, ale na razie to dla mnie za wysoki próg cenowy, dlatego liczyłam na jakąś fajną zniżkę, by się przekonać. No ale trudno, tyle moich żali :) W każdym razie warto wykorzystać rabaty, jeśli lubicie burgery tak jak ja :) A teraz mój przegląd!





Na razie chyba mój ulubieniec, chociaż nie bez wad (na szczęście drobnych). Jadłam tam dwa razy, w punkcie w Arkadach Wrocławskich. Chciałabym spróbować też burgera na Świdnickiej, ciekawa jestem, jak tam z jakością, bo swojski wystrój zachęca do wizyty. Podoba mi się, że można wybrać spośród dwóch wielkości, bo zazwyczaj wystarczy mi mała wersja. Wysoka jakość produktów, fajnie chrupiąca bułka i smaczne, świeże dodatki na plus. Natomiast raz moje mięso było mało doprawione i słabo wysmażone, chociaż prosiłam o mocne wysmażenie (zamawiałam wersję Standard za 10 zł, duży kosztuje 17 zł). Z kolei za drugim razem wołowina była pyszna, ale w burgerze znalazło się tyle sosu, że lał się z buły strumieniem i zdominował smak kanapki (w Bebek Junior za 13 zł, duży - 18 zł). Niemniej burgery w Pasibusie bez wątpienia zasługują na pochwałę. Na pewno jeszcze tam wrócę, bo moje ogólne wrażenia są mega pozytywne!






Zamówiłam wersję Born To Be Wild (19 zł) i bardzo mi smakowała. Chrupiąca, ale nie za sucha bułka z sezamem, wyraziste dodatki, dobrze (chociaż nieco nierówno) wysmażone mięso i smaczny sos w odpowiedniej ilości skomponowały się w bardzo przyjemną całość. Spodobał mi się też pomysł włączenia do kanapki suszonej śliwki, która znakomicie pasuje do wołowiny i bekonu. Spotkałam się z licznymi opiniami, że mięso w Rock Burgerze smakuje musztardą i poniekąd rozumiem, w czym tkwi problem. Faktycznie, wołowina jest doprawiona gorczycą, widać nawet ziarenka w środku. Mnie taka wersja smakowała, więc uważam to za zaletę, ale na pewno nie każdemu takie rozwiązanie przypadnie do gustu. Wybór jest duży, a burgery mają fajne nazwy, związane z tytułami rockowych piosenek. Tylko wystrój wydaje mi się taki mało spójny. Niby rockowy, ale dość chaotyczny. No ale nie to jest najważniejsze. Na pewno spróbuję kolejne propozycje z menu, bo w moim prywatnym rankingu Rock Burger plasuje się zaraz za Pasibusem :)










W Moa zjecie dużego, porządnego burgera. Jeśli chodzi o menu, to jest z czego wybierać, a przy tym część składników można samemu skomponować. W moim Cheese and Bacon (21 zł) mięso było trochę za słabo wysmażone, a całość wydała mi się nieco wystudzona, ale tylko do tego mogę się przyczepić. Charakterystyczne pieczywo, wołowina, dodatki i sos były naprawdę w porządku. Po prostu bez fajerwerków, ale na dobrym poziomie. Sam lokal podoba mi się, ma taki swojski klimat stołówki w amerykańskiej szkole (chociaż teoretycznie ma to być styl nowozelandzki, ale nie wiem jak wyglądają nowozelandzkie szkoły). A może tylko mnie się tak kojarzy? :) Moa Burgera znajdziecie również w Krakowie i Poznaniu.







Do tego miejsca byłam sceptycznie nastawiona, sama nie wiem, dlaczego. Może przez to, że to typowa sieciówka? Postanowiłam jednak spróbować i wypadło całkiem dobrze. Sam burger był jeszcze gorący, gdy otrzymałam zamówienie, co osobiście bardzo cenię. Mięso oceniam jak najbardziej pozytywnie, jeśli chodzi o doprawienie i stopień wysmażenia. Do tego pyszny ser, świeże warzywa, nie za dużo sosu - ogólnie całkiem udana propozycja. Jedynie bułka mogła być trochę bardziej podpieczona, bo lubię, gdy lekko chrupie, a ta była lekko miękka. Drugi minus to wielkość - jak w Moa czy Rock Burgerze porcja jest wielka, tak w Bobby stosunkowo mała, przynajmniej wersja Cheese (14 zł), którą zamówiłam. Bobby Burger nie zostanie moją ulubioną burgerownią, ale spodziewałam się, że będzie gorzej ;) Może wpadnę tam, gdy nie będę bardzo głodna :)









Według mnie trochę słabsza propozycja, choć na pewno nie całkowicie zła. Bułki z sezamem wypiekane są na miejscu, to zdecydowanie zaleta, jednak moja okazała się zbyt sucha. Mięso zostało dobrze wysmażone, ale się rozpadało. Wyglądało to tak, jakbym jadła bułkę z mieloną wołowiną jak ze spaghetti. Burger w wersji Irish Cheddar (16 zł) nie trzymał się kupy ;) Smaku się nie czepiam, podobnie jak dodatków i sosu, bo tutaj wszystko grało. Nie odradzam tego miejsca, jednak na tle pozostałych w Burger Love dostrzegam najwięcej niedociągnięć. Może kiepsko trafiłyśmy, trudno powiedzieć. Wybór jest dość ograniczony, ale moim zdaniem to wcale nie minus - lepiej kilka przemyślanych propozycji niż kilkanaście słabych. Podoba mi się również wystrój, taki nieco zabawny, trochę amerykański, naprawdę przyjemny. Wybiorę się tam jeszcze, by spróbować kolejnej pozycji z menu.






Miałam okazję zapoznać się też kiedyś z burgerem w BLT przy ul. Ruskiej, nie skradł on jednak mojego serca, chociaż z drugiej strony, zły nie był. Dwukrotnie zamawiałyśmy z Renią również cheeseburgery z Yankęsa działającego przy ul. Grabiszyńskiej. I jak przy pierwszym podejściu zachwyciły nas ogromne buły z pyszną wołowiną i smakowitymi dodatkami, tak za drugim razem było gorzej - bułki były gumowe, jakby dopiero co rozmrożone... To mnie bardzo zniechęciło :( A zapowiadało się tak dobrze.

Cóż, najlepiej chyba oceniam Pasibusa i Rock Burgera, ale z ręką na sercu przyznaję, że nie trafiłam na burgera, który by mi kompletnie nie smakował i żałowałabym wydanej na niego kasy. Albo nie jestem zbyt wymagająca, albo jakość we Wrocławiu jest całkiem w porządku w tym względzie ;) Nie wiem, może konkurencja tak wpływa na ofertę ;) W każdym razie, jeśli zapragniecie zjeść przyzwoitego burgera w ścisłym centrum Wrocławia, to na pewno ze znalezieniem miejsca problemu nie będzie ;) A czy będzie Wam smakować? Tego już nie wiem, bo gust kulinarny to rzecz względna. O każdym z opisanych przeze mnie miejsc znalazłam w sieci skrajne opinie. Dodam jeszcze, że wszystkie moje propozycje cenowo kształtują się podobnie.

Też lubicie burgery? :)

12/03/2016

Moim okiem... Kraków (10-13.11.2016 r.)

Moim okiem... Kraków (10-13.11.2016 r.)
W Krakowie bywam zazwyczaj kilka razy w roku. Odwiedzam to miasto przy okazji różnych wydarzeń, np. koncertów, konferencji czy wystaw. Mam w Krakowie rodzinę, u której mogę się zatrzymać, dlatego zawsze staram się zorganizować wyjazd tak, aby móc jeszcze zostać na kilka dni i przy okazji coś nowego pozwiedzać. Ostatnio wybrałam się na koncert The 69 Eyes, o którym już Wam opowiedziałam (relacja TUTAJ) - teraz czas na parę słów o samym mieście.



Podczas wszystkich swoich pobytów w Krakowie odwiedziłam wiele ciekawych miejsc i większość muzeów. Rynek i Wawel mają swój urok, ale wszyscy je znają, dlatego opowiem Wam o mniej oczywistych miejscach. Jako archeolog i historyk sztuki z krwi i kości zawsze skupiam się na miejscach związanych ze sztuką i archeologią, dlatego szczerze polecam Muzeum Archeologiczne (z ciekawą, interaktywną ekspozycją o pradziejach i wczesnym średniowieczu Małopolski oraz słynnym Światowidem ze Zbrucza), Podziemia Rynku (gdzie mamy średniowieczny Kraków na wyciągnięcie ręki), Pałac Biskupa Erazma Ciołka (ze świetnymi zbiorami sztuki średniowiecznej) oraz wystawę Wawel Zaginiony w rezerwacie archeologiczno-architektonicznym na Zamku Wawelskim (spacer wśród pozostałości po średniowiecznych zabudowaniach wzgórza naprawdę robi wrażenie). Bardzo lubię również poszwendać się po uliczkach i knajpkach na Kazimierzu, by poczuć klimat żydowskiego Krakowa. Do moich ulubionych krakowskich atrakcji dorzucę jeszcze romantyczny zachód Słońca oglądany z Kopca Kościuszki :) Generalnie, lubię to miasto i chętnie do niego wracam, aczkolwiek mieszkać tam bym chyba nie chciała.





Tym razem miałam do dyspozycji w sumie cztery dni, z tym że w czwartek odwiedziłam tylko  w pośpiechu Drogerię Pigment, a potem poszłam na koncert. W piątek z kolei wybrałam się na Kopiec Krakusa. Po drodze odwiedziłam jeszcze Stary Cmentarz Podgórski, gdzie spoczywa m.in. Edward Dembowski, a także pobliski fort. Gdy w końcu dotarłam na Kopiec, moim oczom ukazała się piękna, choć pochmurna, panorama Krakowa. W słoneczny dzień widok jest na pewno jeszcze ładniejszy. Muszę przyznać, że chociaż Kopiec Kościuszki wygrywa pod względem atrakcyjności położenia, to Kopiec Krakusa również warto odwiedzić, zwłaszcza że przy dobrej pogodzie można sobie w jego pobliżu posiedzieć i porozmawiać. O tym, że to popularne tereny spacerowe świadczy spora liczba osób przechadzających się ze swoimi czworonogami, które spotkałam :)




Po wycieczce na Kopiec Krakusa udałam się przechadzkę od Wawelu do Rynku, gdzie odbywał się akurat marsz niepodległości i jakaś manifestacja narodowców ;) Przez ten czas zdążyłam zgłodnieć, a na miejsce posiłku, jak na wierną fankę burgerów przystało, wybrałam restaurację Moo Moo przy ul. św. Krzyża, specjalizująca się właśnie w burgerach. Szczerze polecam! Burger był przepyszny, odpowiednio wysmażony, bułka chrupiąca, a warzywa świeżutkie. Po obiedzie pokręciłam się jeszcze trochę po centrum, a jak zmarzłam to skusiłam się na deser w Camera Cafe przy ul. Wiślnej, którą poleciła mi koleżanka. Akurat to miejsce średnio przypadło mi do gustu. W środku było dość zimno, bardzo długo czekałam na zamówienie, a czekolada miała jak dla mnie zbyt budyniowy smak. Niemniej rozgrzałam się trochę i zebrałam się do domu, bo zrobiło się już późno.




Sobotę postanowiłam poświęcić na wizytę w dwóch sąsiadujących ze sobą muzeach - Fabryce Oskara Schindlera oraz MOCAKu. Zaczęłam od tego pierwszego, ale jak przybyłam tam przed południem, to się przeraziłam. Okazało się, że ze względu na niewielkie pomieszczenia obowiązują limity wejść, a chętnych jest bardzo wielu. Odstałam więc swoje w kolejce, w śniegu i zimnie, ale było warto. Muzeum okazało się bardzo ciekawe, z pełną scenografią i ogromem informacji. Na ścianach wisiały przedruki ogłoszeń oraz zdjęcia z epoki, a w każdej z sal znajdowały się interaktywne stanowiska, gdzie można było posłuchać wywiadów z osobami, które przeżyły wojnę w Krakowie lub obejrzeć interesujące filmy. Naprawdę świetne muzeum na europejskim poziomie! Aby zapoznać się ze wszystkim, trzeba by spędzić w nim cały dzień!






Skróciłam swoją wizytę w Fabryce Emalia, ponieważ chciałam jeszcze obejrzeć Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK. Nie jestem wierną fanką sztuki współczesnej, ale muszę przyznać, że zbiory MOCAKu zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Było tam wiele dzieł skłaniających do refleksji, zaskakujących, zabawnych, ironizujących, a niekiedy nawet szokujących. Naprawdę pozytywne zaskoczenie! Lubię, gdy sztuka budzi we mnie różne emocje. Szczerze zachęcam do odwiedzin, nawet jeśli nie jesteście na co dzień fanami tego typu sztuki. Dzień zakończyłam kawą i przepysznym domowym sernikiem w muzealnej kawiarni :)









W niedzielę pod wieczór wracałam już do Wrocławia, ale zdążyłam jeszcze rano odwiedzić oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa - Pałac Krzysztofory w Rynku. Mieści się tam fantastyczna wystawa o urbanistyce Krakowa Cyberteka. Jest to ekspozycja w większości multimedialna. Zaczyna się świetnym filmem o wzgórzu Wawel w średniowieczu, a następnie w poszczególnych salach znajdują się makiety, eksponaty i monitory, z których dowiemy się wielu ciekawych informacji na temat rozwoju urbanistycznego i architektonicznego Krakowa w danej epoce. Kolejne nowoczesne miejsce, idealne dla młodszych i starszych odwiedzających!






Przed samym wyjazdem do domu wstąpiłam jeszcze na kawę do kociej kawiarni o wdzięcznej nazwie Kociarnia. Była to moja pierwsza wizyta w tego typu miejscu. Cóż, ciekawe doświadczenie. Atmosfera świetna, aż biło stamtąd spokojem. Idealne miejsce na relaks, spotkanie ze znajomymi czy poczytanie książki. Przed wejściem należy zaakceptować regulamin, wszystko w trosce o czworonożnych podopiecznych - nie wolno kotkom przeszkadzać, budzić ich, na siłę przytulać, głaskać i w jakikolwiek sposób niepokoić. Akurat większość spała podczas mojej wizyty, chociaż jeden czarny kiciuś co jakiś czas raczył nas swoją obecnością. Widać, że Kociarnia to miejsce prowadzone z pasją, przyjazne czworonogom. Kotki mają tam mnóstwo zabawek, kryjówek i instalacji do zabawy. Bardzo mi się tam podobało. Pochłonęłam ciastko i kawę, CATpuccino z piękną kocią dekoracją z pianki, i niestety przyszedł czas na powrót do Wrocławia :)











Mam nadzieję, że taka wirtualna wycieczka Wam się spodobała :) A nuż, komuś przydadzą się moje rekomendacje? A może Wy macie dla mnie jakieś propozycje na kolejne wypady do Krakowa?
Copyright © 2016 Black Rainbow Blog , Blogger